Start arrow Bajka o garażu
środa, 07 grudzień 2022
Bajka o garażu PDF Drukuj E-mail
   

Bajka o garażu

Damian Zdrada

 

            Pewnego razu, w pewnym niezbyt dużym mieście, w niezbyt dużym kraju, żyło sobie małżeństwo. Mieli dwójkę dzieci – chłopców: starszego Adama i młodszego Grześka. Obydwóch kochali podobnie, synom niczego nie brakowało. Choć oczywiście straszy syn czasem mawiał, że musiał wyrobić drogę młodszemu i ten miał przez to łatwiej, a młodszy syn narzekał, że często dostawał rzeczy po starszym, a przecież wolałby nowe. Rodzicom wiodło się dobrze, kochali się bardzo, mieli dobrą pracę i byli zadowoleni z życia. Mieszkali w ładnym domu z ogrodem a obok ich posesji stał metalowy, przenośny garaż (taki, jakie często używano za komuny), który trochę nie pasował do otoczenia, ale ojciec dostał go kiedyś od swoich rodziców, i trudno było się mu rozstać z tym dziwnym budynkiem. Trzymali w nim narzędzia i rzeczy, które nie były już im potrzebne.

            Mijały lata, rodzice starzeli się coraz bardziej, aż pewnego dnia poczuli, że śmierć jest już blisko. Wtedy poprosili swoich synów mówiąc: „Spisaliśmy testament. Gdy umrzemy, chcemy, abyście go przeczytali i zastosowali się do tego, co tam jest napisane”. I za jakiś czas umarli, prawie jednocześnie, tak bardzo splecione było ich życie ze sobą, tak bardzo się kochali. Dwaj synowie wyjęli z sejfu testament i zaczęli czytać:

„Starszemu synowi – Adamowi – zapisujemy dom wraz z wyposażeniem, ogród i wszystkie oszczędności, jakie mamy w banku. Młodszemu zaś – Grzegorzowi – zapisujemy ten garaż, co stoi obok naszej posesji wraz zawartością. Niech żyją w szczęściu przez resztę dni swojego życia”

            Starszy nie był w stanie opanować szczęścia. Był niezwykle wdzięczny rodzicom za ten dar. Wiedział, że życie jego będzie szczęśliwe, z łatwością pomnoży dorobek  rodziców, niczego nie będzie mu brakowało. Z niepokojem jednak patrzył na reakcję brata, który został potraktowany inaczej. Nawet on miał poczucie, że nie jest to sprawiedliwy podział majątku, współczuł bratu, ale przyjął tą decyzję, tak jak obiecał swoim rodzicom i był posłuszny ich woli. Uznał, że oni lepiej wiedzieli od niego, co robią.

            Zupełnie inaczej tą sytuację przeżywał brat młodszy. Grzegorz był zrozpaczony. Czuł ogromny żal, a wewnętrzny ból przeszył jego serce, gdy usłyszał ostatnią wolę rodziców. Myślał zawiedziony:  „Cóż im zawiniłem, ze taki los mi zgotowali? Czyż nie kochałem ich najbardziej, jak tylko dziecko może kochać swoich rodziców? Czy brat jest tak bardzo lepszy ode mnie, że zasłużył aż na takie wyróżnienie?”  W przypływie rozpaczy krzyknął do brata: „Skoro już i tak masz wszystko, to weź sobie ten garaż. Na cóż mi potrzebna ta stara buda i te graty w środku? Nie chcę  znać ciebie, chcę  zapomnieć o swoich rodzicach” I spakował swoje rzeczy osobiste i tyle go brat widział. Smutno było Adamowi, ze tak się to wszystko skończyło, ale jeszcze smutniej było Grzegorzowi. Poprzysiągł sobie, że teraz udowodni wszystkim, całemu światu, a szczególnie swoim rodzicom, którzy – jak miał nadzieję – będą patrzeć na niego gdzieś z góry – że niczego od innych nie potrzebuje i sam dorobi się wszystkiego, własnymi siłami. Udowodni, że osiągnie znacznie więcej niż jego rodzice, tylko własną pracą.

            Zaczął więc ciężko pracować, zaczynając prawie od zera. Nie miał nic, a jednak już po jakimś czasie stać go było na wynajęcie mieszkania, wyposażenia go w podstawowe sprzęty, był w stanie zarobić na swoje utrzymanie. Ale ciężko mu to wszystko przychodziło. Nieraz był już tym wszystkim zmęczony. Przypominał sobie wówczas chwilę, gdy usłyszał testament. Jakaś boleść w nim wtedy  wzrastała, żal i złość wzmacniała desperację – i tak pobudzony - dalej ruszał na samotny podbój świata. Czasem podchodził pod dom brata i patrzył z tęsknotą, jak się temu żyje. Widział jego żonę – ich wspólną koleżankę – najładniejszą i najmądrzejszą dziewczynę w ich szkole, w której wszyscy chłopcy się kochali. Widział potem ich dzieci, dwójkę chłopców, którzy wesoło bawili się w ogrodzie. Widział też stary garaż, a żal i zawiść w nim wtedy rosła tak silna, że miał ochotę spalić ten dom a później siebie zabić. W jego życiu był tylko trud mozolny i wieczna samotność, walka z przeciwnościami. Czasem był tak zmęczony, że nie miał siły cieszyć się ze swoich sukcesów, a miał ich nie mało: działał w związkach zawodowych, pomógł wielu ludziom nie stracić pracy, bronił interesów tych, którzy byli pokrzywdzeni, rozwijał karierę polityczną, był znanym działaczem społecznym. Znany był z tego, że swoją zapalczywością potrafił wiele zdziałać. Może trochę był niedoceniony. W wyborach, gdy startował z listy swej partii politycznej, zawsze był ustawiany gdzieś w środku na liście, przez co mu głosów brakowało, aby zostać wybranym. W pracy nie awansował, bo pochłaniała go działalność związkowa. Ze względu na swoje zaangażowanie społeczne, nie miał czasu na założenie rodziny, czy choćby na stworzenie jakiegoś związku.

            Czasem słyszał coś o swoim bracie. Ludzie mówili, że to dobry człowiek, który zaszedł wysoko, że niezwykłe szczęście ma w życiu. Myślał sobie wtedy: „Jak to możliwe, że mój brat tak łatwo wszystko osiąga, gdy ja, muszę drobny sukces przypłacić tak ciężką pracą i poświęceniem?”

            Starszy brat również czasem słyszał coś o Grześku. Czasem próbował się z nim spotkać, ale ten nie odbierał telefonów od niego, nie wpuszczał do mieszkania. Nie widywali się praktycznie w ogóle. Wiedział jednak, że jest znanym bojownikiem o sprawiedliwość, angażuje się w liczne działania społeczne. Ludzie o nim mówili, że lepiej mu w drogę nie wchodzić, bo w zapalczywości swojej jest w stanie nieźle skomplikować komuś życie i lepiej nie mieć go za wroga i  trzymać się od niego z daleka.

             I tak lata mijały, bracia zestarzeli się i przychodził ten czas, gdy śmierć wielkimi krokami się zbliżała. Starszy brat odchodził z tego świata spełniony: miał poczucie, że wiele w życiu osiągnął, sam był szczęśliwy i dał szczęście innym ludziom. Na jego pogrzebie wielu ludzi płakało, mając poczucie, że odchodzi ktoś im bardzo bliski. Młodszy, odchodził w smutku i boleści. Myślał: „Jak to możliwe? Całe życie ciężko pracowałem, starałem się jak najwięcej dać z siebie i na taki koniec zasłużyłem? Odchodzę zapomniany przez wszystkich, nikogo przy mnie nie ma w tych ostatnich godzinach życia. A jedyne, czego się przez całe życie dorobiłem, to garaż, w którym nawet porządnego samochodu nie postawiłem…” I wtedy przypomniał sobie testament rodziców i garaż, który mu zapisali… uświadomił sobie, że gdyby wówczas przyjął ten garaż z wdzięcznością i szacunkiem, pewnie całe jego życie wyglądałoby inaczej. Nie zaczynałby wówczas od zera, a zawiść by go nie zżerała… pewnie umierałby teraz w otoczeniu bliskich mu osób, a on czułby spełnienie, bo wiele szczęścia i miłości by w życiu zaznał… I tak leżąc umierający, poczuł wielką wdzięczność do rodziców i szacunek do nich, chyba pierwszy raz od wielu lat, za ich mądrość i miłość, jaką mu dali… i za ten garaż…

Top!            2010-2011 © Centrum Psychoterapii i Leczenia Uzależnień, ul. 3 Maja 33, 41-200 Sosnowiec, tel. (32) 266-24-34 Top!